Elise Blanchard mówi o pracy reporterki w Afganistanie
Elise Blanchard w rozmowie z Martą Zdzieborską dla magazynu „Press” przyznała, że zdarzało jej się słyszeć, iż wygląda jak Afganka. Jak wyjaśniła, ułatwia jej to wtopienie się w otoczenie, zwłaszcza że zna język dari na poziomie wystarczającym do codziennej komunikacji. Zwróciła jednak uwagę, że taka sytuacja bywa też źródłem pytań o to, dlaczego robi zdjęcia i gdzie jest jej męski opiekun. Dodała, że gdyby talibowie wiedzieli, że jest cudzoziemką, traktowaliby ją inaczej.
Fotoreporterka oceniła, że zagraniczni dziennikarze mogą czuć się bezpieczniej niż afgańscy reporterzy. Jak zaznaczyła, cudzoziemki mają w Afganistanie większą swobodę niż Afganki, także w pracy dziennikarskiej. Jednocześnie po przejęciu władzy przez talibów w sierpniu 2021 roku musi mierzyć się z biurokracją i kwestiami bezpieczeństwa. Wskazała też, że jako kobieta może dokumentować życie Afganek, do którego dziennikarze mężczyźni mają utrudniony dostęp.
Blanchard opowiadała również, że jej obecność bywa krępująca dla afgańskich mężczyzn, co czasem działa na jej korzyść. Według niej talibańscy urzędnicy chcą szybko zakończyć kontakt z kobietą, która przyszła sama, bez męskiego opiekuna. To, jak mówiła, pomaga jej w załatwianiu części spraw urzędowych. Zaznaczyła przy tym, że sytuacja zależy od miejsca i okoliczności.
Nagrodzony projekt World Press Photo dotyczył opieki nad ciężarnymi
Laureatka World Press Photo wyjaśniła, że temat opieki okołoporodowej w Afganistanie śledzi od kilku lat. Po zakończeniu pracy nad książką wróciła do tematów medialnych właśnie wtedy, gdy administracja Trumpa ogłosiła wstrzymanie środków na pomoc zagraniczną. Jak relacjonowała, od znajomego z ONZ dowiedziała się, że z powodu amerykańskich cięć zamykają się kliniki świadczące opiekę okołoporodową.
Przygotowania do projektu trwały około dwóch miesięcy. Blanchard musiała samodzielnie ustalić, które organizacje pozarządowe finansowały kliniki z amerykańskich środków i które straciły wsparcie po decyzji administracji Trumpa. Szukała też doświadczonej położnej, której pracę mogłaby pokazać na zdjęciach. Gdy miała już gotowy temat i była pewna, że zdoła go zrealizować, zgłosiła go do redakcji „Time”, która przyjęła propozycję.
Fotoreporterka mówiła, że dotarcie do prowincji Dajkondi było skomplikowane. Jak podkreśliła, na miejsce można było dostać się jedynie samolotem humanitarnym, a potem trzeba było jechać około 12 godzin samochodem przez góry, bez zasięgu komórkowego. W materiale dla „Time” pokazała skutki zeszłorocznego wstrzymania pomocy zagranicznej przez USA dla dostępu ciężarnych Afganek do opieki zdrowotnej.
W tekście towarzyszącym zdjęciom w magazynie „Time” opisała między innymi historię 38-letniej Miriam. Kobieta skarżyła się na ból i musiała jechać do szpitala oddalonego o pięć godzin, ponieważ lokalną klinikę finansowaną wcześniej z amerykańskich funduszy zamknięto. Podróż okazała się zbyt długa. Miriam zmarła wkrótce po przybyciu do szpitala razem z nienarodzonym dzieckiem.
Blanchard o zgodzie na zdjęcia i bohaterkach reportażu
Blanchard podkreśliła w rozmowie z „Press”, że nie nakłania bohaterek do fotografowania. Jeśli kobieta nie chce zdjęcia, nie robi go. Jeżeli zgadza się tylko na częściowe pokazanie twarzy albo chce ją całkowicie zasłonić, reporterka stosuje się do tych warunków. Jak zaznaczyła, podejście Afganek do zdjęć zależy od regionu i rodziny, z której pochodzą.
W jej ocenie prowincja Dajkondi należy do bardziej liberalnych części Afganistanu. Mieszkają tam Hazarowie, których Blanchard określiła jako grupę dość otwartą na robienie zdjęć. Jak mówiła, żadna z jej bohaterek nie chciała zasłaniać twarzy do fotografii, choć czasem sama to proponowała. Dodała, że temat nie był wymierzony w talibów, lecz w amerykański rząd, który odciął Afgańczyków od pomocy humanitarnej.
Rozmówczyni Marty Zdzieborskiej odniosła się też do pytania o zdjęcia przy grobie dziecka jednej z bohaterek fotoreportażu, Mahwash. Odpowiedziała, że jeśli wykonuje zdjęcie, oznacza to, że fotografowana osoba wyraziła na to zgodę. Jak zaznaczyła, nie zrobiłaby takiej fotografii wbrew woli bohaterki. Dodała też, że szanuje kobiety, które pokazuje w swoich materiałach.
Zapytana o historię, która najmocniej zapadła jej w pamięć, nie chciała ich porównywać. Stwierdziła, że każda była dla niej poruszająca. Wymieniła los kobiety, która urodziła martwe dziecko, mężczyzny, który stracił żonę i nienarodzone dziecko, a także położnej przyjmującej pacjentki za darmo po utracie amerykańskiego finansowania. Każda z tych opowieści dotyczyła skutków ograniczenia dostępu do pomocy medycznej.
Książka o rodzinie taliba i dalsze plany zawodowe
Miesiąc po otrzymaniu nagrody World Press Photo ukazała się książka Blanchard „Dans la maison d’un taliban”. Reporterka opisała w niej życie talibańskiego żołnierza Armana i jego rodziny. Jak opowiadała, poznała ich, gdy na stałe mieszkała w Kabulu i pracowała nad jednym z fotoreportaży. Później wróciła do Armana na kolejne zdjęcia i trafiła na ślub jego brata, co zbliżyło ją do całej rodziny.
Blanchard mówiła, że na początku jej obecność w tej okolicy nie była problemem i wręcz budziła ciekawość mieszkańców. Z czasem sytuacja się pogorszyła i musiała zachowywać większą ostrożność. Przebywała głównie w domu i ogrodzie rodziny Armana, a podczas wyjazdów do krewnych ubierała się jak Afganka, by nie wzbudzać podejrzeń. Jak zapewniała, w domu Armana czuła się bezpiecznie, ponieważ jako kobieta przebywała przede wszystkim wśród kobiet i nocowała z żoną lub siostrami gospodarza.
W rozmowie pojawił się też wątek samego Armana. Blanchard tłumaczyła, że nie miał realnych szans na zdobycie wykształcenia i był podatny na wpływy. W wieku 14 lat, za namową talibów, dołączył do ich ruchu. Reporterka mówiła, że jego poglądy kształtowały zarówno religijne przekazy, jak i doświadczenia wojny, w tym obserwowanie skutków amerykańskich nalotów i aresztowań w okolicy.
Jak dodała, Arman chciał, by jego córki zdobyły wykształcenie medyczne, a nawet marzył o otwarciu przez jedną z nich apteki w rodzinnej wiosce. Nie zgadza się z decyzją o odcięciu kobiet od kursów medycznych. Blanchard poinformowała też, że obecnie przygotowuje zdjęcia do wystawy o sprzedawaniu afgańskich dziewczynek w celach matrymonialnych i szykuje się do zleceń w innych krajach. Nie wyklucza powrotu do Afganistanu, ale jednocześnie szuka państwa, które mogłoby stać się jej nową bazą do pracy fotoreporterskiej.
Elise Blanchard jest niezależną fotoreporterką i dziennikarką, od ponad siedmiu lat realizującą projekty w Afganistanie. W latach 2020–2022 pracowała w agencji AFP w Kabulu i dla tej redakcji relacjonowała powrót talibów do władzy w sierpniu 2021 roku. Jej zdjęcia publikowały między innymi „Time”, „The Washington Post”, „The New York Times”, „The Wall Street Journal”, „Le Monde” i „Die Zeit”. Jest także laureatką UNICEF Photo of the Year z 2025 roku.
Rozmowa Marty Zdzieborskiej z Elise Blanchard pochodzi z magazynu „Press”, wydanie nr 07-08/2026. Materiał został później udostępniony do przeczytania w całości. W maju tego roku Blanchard wydała książkę „Dans la maison d’un taliban: le récit inédit d’une journaliste au sein d’une famille afghane pendant trois ans”. To relacja z trzech lat spędzonych w afgańskiej rodzinie.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.