Slopaganda zalewa media społecznościowe. AI służy do politycznej manipulacji

Opublikowano:
Autor:

Slopaganda zalewa media społecznościowe. AI służy do politycznej manipulacji - Zdjęcie główne
Autor: Wygenerowane przez AI | Opis: Kobieta w kawiarni korzystająca ze smartfona, obok otwartego laptopa. W tle inni ludzie patrzący w telefony.

Udostępnij na:
Facebook
AktualnościSlopaganda to określenie na masowo tworzone przez sztuczną inteligencję treści propagandowe, które mają wywoływać emocje i utrwalać polityczne przekazy. Zjawisko, opisane przez badaczy, widać już nie tylko w USA, lecz także w Polsce.

Slopaganda to propaganda tworzona przez sztuczną inteligencję

Przykładem takiego działania było nagranie z Andrzejem Lepperem, opublikowane w połowie kwietnia na YouTubie. Choć polityk nie żyje od 15 lat, w materiale został pokazany tak, jakby znów przemawiał do odbiorców. Wideo zamieściła partia Samoobrona Odrodzenie – Polska dla Polaków. W nagraniu Lepper stoi wśród zboża i zwraca się do widzów słowami: „Mam godnych następców. Wspierajcie Samoobronę Odrodzenie. Polska dla Polaków. Tylko ta partia może zrealizować moje zadania. Zawsze ufałem takim ludziom”.

„A co do PiS-u – my was znajdziemy!” — mówi Andrzej Lepper w nagraniu opublikowanym na YouTubie.

Jerzy Andrzejewski, przewodniczący partii, tłumaczył w „Rzeczpospolitej”, że materiał miał przyciągnąć uwagę wyborców. Według niego taka forma przekazu jest dziś elementem politycznego PR. Andrzejewski przekonywał też, że odbiorcy wiedzą, iż Lepper nie żyje, więc materiał nie wprowadza ich w błąd.

„To jest forma zainteresowania wyborców. Tak wygląda w dzisiejszych czasach polityczny PR. Ta forma przekazu ma zmusić ludzi do myślenia” — tłumaczył w „Rzeczpospolitej” przewodniczący partii Jerzy Andrzejewski.

„Wszyscy wiedzą, że Andrzej Lepper nie żyje, więc nie można tego uznać za wprowadzanie w błąd” — przekonywał w „Rzeczpospolitej” Jerzy Andrzejewski.

Termin slopaganda odnosi się do tanich, masowo produkowanych materiałów generowanych przez AI. Mogą to być filmiki, grafiki, memy albo posty. Ich celem nie jest przekazanie prawdy, ale wywołanie silnych emocji i manipulowanie odbiorcą. Często są absurdalne, satyryczne w formie i rozpowszechniane bardzo szybko w mediach społecznościowych.

Termin opisał dr Michał Klincewicz

Autorem pojęcia jest dr Michał Klincewicz, adiunkt w katedrze Kognitywistyki Obliczeniowej Uniwersytetu w Tilburgu. Pod koniec 2025 roku razem z prof. Markiem Alfano i badaczem mediów Amirem Ebrahimim Fardem opisał je w artykule „Slopaganda: The interaction between propaganda and generative AI”, opublikowanym w szwedzkim czasopiśmie „Filosofiska Notiser”. Jak wynika z tekstu, termin szybko zaczął funkcjonować w anglojęzycznych mediach.

Dr Klincewicz zajmuje się badaniami dotyczącymi dezinformacji, sztucznej inteligencji i jej wpływu na mózg człowieka. Wychował się w Polsce, potem wyemigrował z rodzicami do New Jersey, a doktorat z filozofii uzyskał w 2013 roku na City University of New York. Po pierwszym dojściu Donalda Trumpa do władzy opuścił USA i wrócił do Europy. Pracował też w Berlińskiej Szkole Umysłu i Mózgu, mieszkał w Krakowie, a obecnie żyje w Eindhoven.

Badacz podkreśla, że w naukowej definicji slopaganda oznacza masowo produkowane i spersonalizowane treści generowane przez AI. Mają one manipulować przekonaniami oraz przeciążać cały ekosystem informacyjny. W odróżnieniu od tradycyjnej propagandy wyróżniają się skalą, szybkością i możliwością mikrotargetowania. Tego typu przekaz jest dostosowywany do politycznych i ideologicznych przekonań odbiorcy, a przede wszystkim ma je wzmacniać.

„Terminu slopaganda użyliśmy w naszym artykule w odniesieniu do treści tworzonych za pomocą generatywnej sztucznej inteligencji, które mają osiągnąć określony cel polityczny. To połączenie propagandy i bełkotu. Trolling to szersza kategoria niż slopaganda, którą należy rozpatrywać w kontekście perswazji lub manipulacji. Trolling może również wykorzystywać AI i być motywowany politycznie, ale nie musi” — wyjaśnia dr Michał Klincewicz.

Przykłady slopagandy pojawiają się w USA i Iranie

Jak opisano w artykule, wiele przykładów takich treści można znaleźć na profilach amerykańskiej administracji i Donalda Trumpa. „The Guardian” pod koniec stycznia omówił materiały, które wywołały największe emocje. 19 lutego 2025 roku Biały Dom opublikował na platformie X fikcyjną okładkę magazynu „Time”, na której Donald Trump został pokazany jako król. Fałszywa grafika miała już ponad 40 milionów wyświetleń.

Według tekstu, materiał oburzył część Amerykanów do tego stopnia, że rok po publikacji nadal odbywały się protesty we wszystkich 50 stanach pod hasłem „No Kings”. W ostatni weekend marca uczestniczyło w nich ponad 8 milionów osób. Trump odpowiedział później kolejnym materiałem wygenerowanym przez AI. W październiku 2025 roku zamieścił w serwisie Truth Social wideo, w którym jako prezydent z koroną pilotuje myśliwiec.

3 maja 2025 roku Trump opublikował też fotografię, na której sam występuje jako papież, gdy trwała dyskusja o następcy zmarłego papieża Franciszka. Później pokazał również grafikę, na której uzdrawia jako Jezus, ale po krytyce usunął ją. Dzień później, 4 maja, Biały Dom przedstawił prezydenta jako rycerza Jedi. Także ten materiał wywołał falę komentarzy.

Artykuł opisuje też przypadek Nekimy Levy Armstrong z Minneapolis. Po jej zatrzymaniu opublikowano zdjęcie, na którym wyglądała spokojnie. Pół godziny później Biały Dom zamieścił przerobioną wersję fotografii, na której zmieniono jej wyraz twarzy i przyciemniono skórę. W opisie nazwano ją „skrajnie lewicową agitatorką” aresztowaną za „zorganizowanie zamieszek w kościele”, choć — jak podano — została zwolniona bez postawienia zarzutów.

„Slopaganda obecnej administracji Białego Domu jest wykorzystywana zarówno do celów komunikacyjnych, jak i do rozpowszechniania określonych narracji i skojarzeń. Ma cel polityczny. Inne państwa i podmioty niepaństwowe również ją wykorzystują. Zakładam, że dopóki będą to robić, to Biały Dom również będzie tak robił” — zauważa dr Michał Klincewicz.

Po ataku USA i Izraela na Iran media społecznościowe zalały też materiały określane w tekście jako slopaganda ajatollahów. Pojawiały się filmiki o rzekomych wybuchach w Tel Awiwie czy bombardowaniu amerykańskich baz. Największą popularność zdobyły jednak animacje z figurkami stylizowanymi na klocki Lego, przypominającymi Donalda Trumpa, Benjamina Netanjahu i Pete’a Hegsetha.

Eksperci mówią o emocjach, skali i szybkości

W artykule podkreślono, że slopaganda nie jest kierowana do odbiorców nastawionych na analizę, lecz do tych, którzy konsumują treści szybko i bez refleksji. Jej zadaniem jest przebicie się przez mechanizmy obronne i wywołanie skojarzeń. Nie chodzi o to, by odbiorca uwierzył w przekaz, ale by przypisał bohaterowi określone cechy. W tym sensie forma przypomina uproszczone schematy znane z popkultury.

„Siła slopagandy nie tkwi w jej wyrafinowaniu, ale w skali i szybkości. To komunikacyjny fast food – slopaganda jest tania w produkcji, masowa i piekielnie tłusta od emocji” — wyjaśnia dr nauk społecznych Kamil Wszołek, dziennikarz i wydawca w Radiu Kraków, ambasador DigitalEU.

„W przeciwieństwie do tradycyjnej dezinformacji, która stara się udawać prawdę, slopaganda ma fakty głęboko w nosie. Jej zadaniem nie jest oszukanie naszego intelektu, ale ominięcie filtrów krytycznych za pomocą czystego absurdu. Kiedy widzimy Donalda Trumpa w papieskim stroju albo polityków naszej rodzimej sceny wklejonych w popkulturowe klisze, nasz mózg bawi się formą i kapituluje. Nie analizujemy, czy to prawda, bo wiemy, że fikcja. Na poziomie podświadomym zachodzi jednak bezwzględny transfer emocji. Kupujemy ten cyfrowy szum, bo idealnie rezonuje z naszymi lękami, złością lub dumą” — tłumaczy Kamil Wszołek.

Radek Kobiałko zwraca uwagę, że podatność na taki przekaz rośnie wraz ze spadkiem koncentracji i nawyku sprawdzania informacji. Przywołuje badania Glorii Mark, według których średni czas skupienia na jednym ekranie spadł z około 2,5 minuty w 2004 roku do 47 sekund. Z kolei badanie „Nature Human Behaviour” pokazało, że około 75 procent udostępnień linków do newsów odbywa się bez wcześniejszego kliknięcia.

„Mamy społeczeństwo coraz mniej odporne poznawczo: średni czas skupienia na jednym ekranie spadł według badań Glorii Mark z około 2,5 minuty w 2004 roku do 47 sekund, a badanie „Nature Human Behaviour” pokazało, że około 75 procent udostępnień linków do newsów odbywa się bez wcześniejszego kliknięcia w ten link. To znaczy, że propaganda nie musi już przekonywać człowieka, który czyta, sprawdza i analizuje. Wystarczy, że trafi w emocje tego, który przewija, reaguje i podaje dalej” — mówi autor podcastu „Radek Kobiałko Nadaje”.

Polska polityka też sięga po podobne narzędzia

Jakub Szymik, założyciel Fundacji Obserwatorium Demokracji Cyfrowej, wskazuje, że popularność AI slopów wynika z kilku cech jednocześnie. Są tanie, niskiej jakości, chaotyczne i często słabiej moderowane przez platformy. Dają też możliwość pokazywania politycznie nośnych scenariuszy w formie pół-żartu.

„Popularność AI slopów bierze się z połączenia kilku rzeczy: są niskiej jakości, tanie w produkcji, często chaotyczne, w większości unikają silnej moderacji ze strony platform i dają możliwość przedstawiania budzących polityczne emocje scenariuszy z przymrużeniem oka” — mówi Jakub Szymik.

W artykule wskazano, że politycy Prawa i Sprawiedliwości regularnie publikują w mediach społecznościowych memy i materiały o Donaldzie Tusku. Przed Wielkanocą pojawiła się fala grafik o drożyźnie, które — jak zaznaczono — nie odpowiadały danym o inflacji w Polsce. Powiązany z PiS portal Niezależna.pl wprost tłumaczył, że takie memy mogą być formą protestu przeciwko rządowi Donalda Tuska.

„Chociaż niektóre memy o drożyźnie są zabawne, to również poruszają ważne problemy społeczne. Pokazują, jak rosnące ceny wpływają na życie ludzi i jak trudno jest im wiązać koniec z końcem. Memy te mogą być również formą protestu przeciwko rządowi Donalda Tuska i jego polityce gospodarczej. Właśnie Donald Tusk często pojawia się jako uosobienie podwyżek” — tłumaczył portal Niezależna.pl.

Tekst przywołuje też materiał opublikowany pod koniec kwietnia przez Sławomira Mentzena. Na filmie pokazano stary okręt z logo PiS, na którym Mateusz Morawiecki i Przemysław Czarnek walczą o ster, a Jacek Kurski pije drinka. Na końcu Mentzen zabiera część pasażerów na swój jacht, a pozostali wraz z okrętem idą na dno. Polityk opatrzył materiał dopiskiem: „Wartości nie toną. Czas na przesiadkę!”.

Eksperci ostrzegają przed normalizacją zjawiska

Dr Michał Klincewicz przewiduje, że przed najbliższymi wyborami w Polsce skala takich działań wzrośnie. Jak zaznacza, można się też spodziewać dezinformacji z Rosji oraz materiałów mających dyskredytować określonych kandydatów. Według niego od slopagandy nie ma już odwrotu. Największym zagrożeniem ma być normalizacja tego typu przekazu i spadek zaufania do mediów oraz dziennikarstwa.

„Znaczny wzrost polskiej slopagandy zobaczymy przed najbliższymi wyborami” — mówi dr Michał Klincewicz.

„Przybędzie filmów, które będą miały na celu dyskredytację kandydatów będących przeciwnikami – tych preferowanych przez Moskwę” — dodaje dr Michał Klincewicz.

„Największym niebezpieczeństwem slopagandy jest jej normalizacja i ogólnie spadek zaufania do mediów i dziennikarstwa, bo wzrośnie skuteczność wszelkiej dezinformacji. Slopagandę należy uregulować i aktywnie zwalczać, a jej rozprzestrzenianie monitorować i mu przeciwdziałać. Te same instrumenty prawne, które zakazują kampanii FIMI (ang. Foreign Information Manipulation and Interference), mogłyby objąć slopagandę. Moglibyśmy też wprowadzić wymogi dotyczące znaków wodnych dla obrazów i filmów generowanych przez sztuczną inteligencję. Bez takich oznaczeń platformy mediów społecznościowych nie powinny mieć prawa do hostowania treści generowanych przez sztuczną inteligencję, a jeżeli by to robiły, to powinny być za to karane” — radzi dr Michał Klincewicz.

Jakub Szymik zwraca uwagę, że platformy już oznaczają tego rodzaju materiały, a w najbliższym czasie mają pojawić się ostateczne wytyczne Komisji Europejskiej. Kamil Wszołek podkreśla z kolei, że sama technologia nie wystarczy. Jego zdaniem potrzebna jest zmiana podejścia do edukacji medialnej i rozwijanie sceptycyzmu wobec intencji nadawcy.

„Już teraz platformy oznaczają takie materiały, a na dniach pojawią się ostateczne wytyczne Komisji Europejskiej w sprawie oznaczeń takich treści. To bardzo dobrze, choć dla wielu odbiorów takie oznaczenia będą praktycznie niezauważalne” — zwraca uwagę Jakub Szymik z Fundacji Obserwatorium Demokracji Cyfrowej.

„Dziennikarze też wpadają w tę pułapkę. Obowiązuje tu prawo Brandoliniego: energia potrzebna do obalenia bzdury jest o rząd wielkości większa niż wysiłek włożony w jej stworzenie” — analizuje Kamil Wszołek.

„Fact-checker ślęczy nad jednym obrazkiem dwa dni, a bot w tym czasie generuje tysiąc nowych. Unijny AI Act czy standardy kryptograficznego znakowania plików C2PA to świetna tarcza, ale ta technologia nie wygra z partyzantką open-source. Musimy pilnie przeprogramować edukację medialną. Zamiast uczyć ludzi wpatrywania się w piksele i szukania szóstego palca na obrazku z AI, musimy wdrożyć sceptycyzm intencjonalny. Zamiast pytać: „Czy to zdjęcie jest prawdziwe?”, musimy pytać: „Kto i po co chce we mnie tym obrazem wywołać wściekłość lub euforię?”.” — mówi Kamil Wszołek.

Dr hab. Katarzyna Bąkowicz z Uniwersytetu SWPS ocenia, że podstawą obrony pozostają krytyczne myślenie i sceptycyzm. Radek Kobiałko dodaje, że indywidualnie można ograniczać korzystanie z portali społecznościowych i wracać do sprawdzonych źródeł. Jego zdaniem bez regulacji dotyczących politycznych treści tworzonych z użyciem AI debata publiczna może zamienić się w wyścig syntetycznych manipulacji.

„Sedno obrony przed niskiej jakości treściami zawsze tkwi w krytycznym myśleniu i sceptycyzmie. Dieta informacyjna, dziś rozumiana nie tylko jako ograniczenie ilości informacji, ale również świadomy wybór tematów i źródeł, to coraz częstsza i najlepsza praktyka, aby nie dać się złapać w sidła manipulacji i dezinformacji” — radzi dr hab. Katarzyna Bąkowicz z Uniwersytetu SWPS.

„Indywidualnie można się bronić przez radykalne ograniczenie korzystania z portali społecznościowych, które niesłusznie nazywamy mediami społecznościowymi, bo z mediami mają coraz mniej wspólnego” — zgadza się Radek Kobiałko.

„Można wracać do sprawdzonych źródeł, dłuższych tekstów, podcastów, książek, bezpośrednich relacji i świadomego używania AI jako narzędzia, a nie zastępstwa za myślenie. AI w rękach ludzi mądrych, kompetentnych i świadomych technologii może wzmacniać ich możliwości, ale w rękach ludzi bez wiedzy i doświadczenia staje się narzędziem masowego ogłupiania” — mówi Radek Kobiałko.

„Politycy pełniący funkcje publiczne – od posłów i senatorów, przez urzędników państwowych i ministrów, aż po premiera – powinni mieć zakaz używania portali społecznościowych do komunikacji politycznej, bo właśnie tam bije źródło tej politycznej gangreny. Jedni świadomie tworzą narrację opartą na algorytmach, emocjach i treściach generowanych przez AI, a inni, chcąc nie chcąc, odpowiadają podobnymi środkami: grafikami, filmami, tekstami i fałszywymi obrazami rzeczywistości. Powstaje perpetuum mobile w krzywym zwierciadle sztucznej inteligencji. Bez regulacji zakazujących partiom i politykom produkowania treści politycznych z użyciem AI debata publiczna zamieni się w wyścig syntetycznych manipulacji” — ocenia Radek Kobiałko.

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
logo