Janczura opisał wcześniejsze problemy rodziny z Białołęki
Sprawa rodziny z warszawskiej Białołęki wywołała we wrześniu dyskusję wokół działań Rzeczniczki Praw Dziecka Moniki Horny-Cieślak. Po publikacji Zero.pl pojawiły się pytania o jej rolę w zdarzeniach, które doprowadziły do umieszczenia dwojga dzieci w wieku trzech i czterech lat w placówce opiekuńczej. Sąd nakazał później powrót dzieci do rodziców i krytycznie ocenił interwencję w uzasadnieniu.
Do sprawy wrócił Michał Janczura z Wirtualnej Polski. W materiale „12 punktów zapalnych. Nieznane fakty w sprawie Horny-Cieślak i rodziny z Białołęki” odtworzył historię rodziny na podstawie dokumentów, do których docierał przez ostatni miesiąc. Zaznaczył jednak, że dokumentacja, na której pracował, była niepełna.
Według dokumentów opisywanych przez dziennikarza już w 2024 roku sąd ograniczył matce władzę rodzicielską i ustanowił nadzór kuratora. W kolejnych latach pojawiały się zgłoszenia dotyczące sytuacji dzieci, procedury Niebieskiej Karty oraz interwencje związane z agresywnym zachowaniem partnera kobiety. Janczura opisał też wcześniejsze sygnały o problemach w rodzinie.
W publikacji pojawiły się również informacje o złych warunkach mieszkaniowych, trudnościach we współpracy rodziny ze służbami i niewykonaniu zaleconych badań jednego z dzieci. Jak relacjonował dziennikarz, w kwietniu 2026 roku sąd zwrócił się do policji o wzmożony nadzór nad rodziną. Wskazano także konieczność gotowości do interwencyjnego odebrania dzieci.
Publikacja nie rozstrzyga, co przesądziło o odebraniu dzieci
Jednym z głównych wątków materiału był obieg informacji między instytucjami. Rodzina zmieniała miejsce zamieszkania, a jej sprawą zajmowały się różne sądy, jednostki policji, kuratorzy i ośrodki pomocy społecznej. Zdaniem Janczury poszczególne instytucje znały tylko część historii tej rodziny.
Dziennikarz zaznaczył jednocześnie, że wcześniejsze sygnały nie przesądzają, czy w sierpniu konieczne było natychmiastowe rozdzielenie rodziny. W materiale przywołał ustalenia kontroli poprzedzających tę decyzję. Wynikało z nich, że dzieci były czyste, bez widocznych obrażeń, rodzice byli trzeźwi, a w mieszkaniu było jedzenie.
Janczura nie dotarł do kwestionariusza, na podstawie którego policja wydała nakazy opuszczenia mieszkania i zakazy zbliżania się wobec rodziców. Nie wskazał więc, jakie konkretne informacje miały przesądzić o tej decyzji. Dopuścił zarazem możliwość, że wcześniejsze zaniedbania instytucji i późniejsza nieproporcjonalna reakcja mogły wystąpić równocześnie.
W rozmowie z Wirtualnemedia.pl wyjaśnił, że impulsem do zajęcia się sprawą był sposób komentowania wcześniejszych publikacji. Jak powiedział: "Przez wiele lat zajmowałem się zawodowo przede wszystkim sprawami związanymi z prawem rodzinnym i pieczą zastępczą. Nauczyłem się, że nie ma w nich prostych wniosków. Te sprawy nigdy nie są jednowymiarowe. Niemal zawsze pojawiają się niuanse, które decydują o ocenie." — mówi Michał Janczura, dziennikarz.
Jak dodał, nawet znajomość całych akt nie zawsze pozwala odpowiedzieć, czy rodzice powinni otrzymać kolejną szansę. "Kiedy usłyszałem przebijający się komunikat, że dzieci zabrano za dwa piwa, postanowiłem to sprawdzić" — powiedział Michał Janczura w rozmowie z Wirtualnemedia.pl. Zaznaczył też, że taki przekaz nie wynikał z artykułu Zero.pl, lecz z późniejszych komentarzy i odbioru sprawy.
Janczura zwrócił uwagę, że instytucje mają ograniczone możliwości ujawniania szczegółów ze względu na dobro dzieci. W jego ocenie powoduje to nierównowagę w publicznej dyskusji. "W społeczeństwie zostaje wtedy poczucie, że rzeczywiście ktoś wszedł do domu, zobaczył dwie butelki piwa i zabrano dzieci. Ludzie zaglądają do swoich szafek i zastanawiają się, czy ich też może spotkać to samo. Jeszcze raz podkreślę: to nie wynikało z pierwotnego materiału Kanału Zero" — zaznaczył.
Dziennikarz odniósł się również do przekazu dotyczącego roli rzeczniczki. "Pojawiło się też przesłanie czy wniosek, że to rzeczniczka odebrała dzieci. Tymczasem nie ma ona uprawnień do samodzielnego odbierania dzieci ani decydowania o władzy rodzicielskiej. Już z tego powodu coś mi w tym przekazie nie pasowało. Oczywiście w materiale była informacja, że zrobiła to policja. Chciałem jednak doprecyzować, jak to się odbyło i na jakich podstawach." — powiedział Michał Janczura.
Stanowski odpowiada i wskazuje na brak kluczowej odpowiedzi
Do publikacji odniósł się na platformie X Krzysztof Stanowski. Wcześniej dziennikarze Kanału Zero sugerowali, że działania Rzeczniczki Praw Dziecka były formą zemsty na matce. W publikacjach portalu nie wspomniano jednak o dwóch Niebieskich Kartach założonych rodzinie. Stanowski wcześniej nazwał Rzeczniczkę Praw Dziecka „do szpiku złym człowiekiem”.
We wczorajszym wpisie szef Kanału Zero ocenił materiał Janczury jako dobry, ale zarzucił części komentujących wykorzystywanie go do uderzania w jego redakcję. "Mam wrażenie, że jednak więcej osób wypowiada się o (dobrym) materiale Michała Janczury z WP niż go obejrzało. I że jest on przydatny do uderzenia w Kanał Zero, a ta rodzina to pretekst" — napisał.
Według Stanowskiego publikacja pokazuje chaos, brak koordynacji służb i luki w systemie, ale nie rozstrzyga najważniejszej kwestii. "Z materiału nie wynika, dlaczego doprowadzono do odebrania dzieci. Sam autor o tym mówi" — zauważył. Jego stanowisko sprowadza się do tezy, że nadal nie wiadomo, co było bezpośrednią podstawą rozdzielenia rodziny.
Stanowski przedstawił też własną interpretację działań Moniki Horny-Cieślak. Odpowiadając na zarzuty dotyczące wcześniejszego obrazu rodziny, podkreślił, że redakcja informowała o jej problemach i skazaniu mężczyzny. "Rodzina nie była idealna i mówiliśmy o tym. Facet był po wyroku i mówiliśmy o tym. Nieidealne rodziny i ludzie po wyrokach mają dzieci" — napisał.
Jak zaznaczył, wyrok za rozbój zapadł kilka lat wcześniej. Dodał też, że matka mówiła o insektach w mieszkaniu babci i tym tłumaczyła przeprowadzkę. Według jego relacji kobieta z warunkami mieszkaniowymi wiązała również założenie Niebieskiej Karty i nadzór kuratora. Mężczyzna nie przyznawał się natomiast do dotyczących go Niebieskich Kart.
"Świetnie, że redaktor Janczura pokazał pełny obraz, ale co do meritum jesteśmy w tym samym miejscu: nieidealna rodzina z dziećmi. I wciąż nie wiadomo, dlaczego te dzieci (na chwilę) straciła" — ocenił Stanowski. We wpisie dodał też, że według jego informacji dzieci pozostają pod opieką rodziców.
Janczura: nie oceniam pracy dziennikarzy Zero.pl
Pytany przez Wirtualnemedia.pl, czy autorzy wcześniejszych materiałów mogli dotrzeć do tych samych dokumentów, Janczura odmówił oceniania ich pracy. Powiedział: "Chciałbym, żeby to jasno wybrzmiało: nie wiem, jaki był stan wiedzy dziennikarzy Zero.pl. Nie wiem, co wiedzieli, jakie mieli możliwości ani na ile znają specyfikę tej tematyki. Ona naprawdę nie jest prosta".
W dalszej części rozmowy dodał: "Jestem daleki od oceniania dziennikarzy za ich warsztat, pracę czy informacje, które zdobyli. Wiem, że bardzo trudno dotrzeć do informacji dotyczących postępowań rodzinnych. Są pilnie strzeżone i bardzo dobrze – ze względu na ochronę danych. Nie każdy dba o bezpieczeństwo i anonimowość rodzin, a przede wszystkim dzieci." — mówi Michał Janczura, dziennikarz.
Janczura zaznaczył również, że nie ujawnił wszystkich zdobytych informacji. Wyjaśnił, że przed publikacjami dotyczącymi dzieci konsultuje z ekspertami, czy podanie określonych szczegółów może im zaszkodzić. "Nie wszystko mogę opublikować ze względu na dobro dzieci" — powiedział. Dodał, że podawał tylko takie informacje, które nie ujawniają, co konkretnie działo się z dziećmi.
Janczura o debacie: to nie powinno być starcie redakcji
Dziennikarz sprzeciwił się przedstawianiu sprawy jako konfliktu między mediami. "Chciałbym, żeby z tej historii nie wynikało, że mamy do czynienia z wojną między mediami czy redakcjami" — powiedział. Jak dodał, jego zdaniem ta sprawa powinna stać się impulsem do rozmowy o bezpieczeństwie dzieci i mechanizmach działania instytucji.
W dalszej części rozmowy stwierdził: "Ale w tych kwestiach powinni wypowiadać się eksperci, bo chłopski rozum po prostu zawodzi". Zwrócił też uwagę, że osoby pracujące w różnych instytucjach zaczęły obawiać się podejmowania działań. Nie wskazał jednak konkretnych przykładów.
Janczura ostrzegł również przed skutkami napiętnowania osób zgłaszających podejrzenie przemocy. "Jeżeli reakcje na przemoc spotykają się z ostracyzmem, napiętnowaniem czy hejtem, inni nie będą chcieli reagować" — zaznaczył. Według niego może to prowadzić do pogorszenia sytuacji dzieci.
O samej rodzinie wypowiedział się krótko. "Mam przede wszystkim nadzieję, że po takim wstrząsie i po wszystkim, co się wydarzyło, tej rodzinie się ułoży. Tego im życzę: żeby wszystko się układało i żeby dzieci były bezpieczne." — powiedział Michał Janczura.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.